niedziela, 19 kwietnia 2009
"Chciałbym coś powiedzieć"

 

Premiera: 13.04.2009
Okres zdjęciowy: marzec/kwiecień 2009
Czas: 14:44
Całość realizacji: Marcin Kluczykowski
Występują: Marcin Kluczykowski, Natalia Rewieńska, Benedykt Więcek, Beata Cerazy

Wycinek z życia pewnego młodego poety. Obraz jego codzienności, zmagań z rzeczywistością, poszukiwań inspiracji, a także ciągłego rozdarcia, potęgowanego przez próby sklejenia w całość myśli, słów i pozostałych wewnętrznych głosów. A to przecież dopiero początek.
 

Całość do ściągnięcia:
http://www.sendspace.com/file/iqqsyp 179 mb

Film podzielony na 2 części do obejrzenia na portalu You Tube:
http://www.youtube.com/watch?v=Bj64vsshLkM&feature=channel_page cz. 1/2
http://www.youtube.com/watch?v=VhTXCVrmS94&feature=channel_page cz. 2/2

wtorek, 14 kwietnia 2009
„Bez lęku” (1993)
„Fearless”

reż. Peter Weir

  

Z braku czasu nie opisałem tego filmu do tej pory, a przecież od seansu już trochę minęło. Obiecałem sobie jednak te zaległości nadrobić, bo choć „Bez lęku” do obrazów wybitnych nie należy, jest jednak na tyle ciekawą i udana pozycją, że zdecydowanie warto zatrzymać się obok niej na dłużej. 

„Bez lęku” to moje drugie spotkanie z kinem Weira. Pierwszym był jego jak dotąd ostatni ukończony film „Pan i władca: na krańcu świata”, więc dzieło kompletnie inne od omawianego. Choć oczywiście cech wspólnych można by się w obu doszukać.  

Główny bohater filmu, Max Klein, jest ofiarą wypadku samolotowego. Określenie „ofiara” ma tutaj jednak nieco inne nacechowanie. Otóż Max nie odnosi poważniejszych ran na ciele. Wypadek zmienia jego wnętrze. I choć z samego początku wydawać by się mogło, że to spory krok w dobrą stronę, z czasem okazuje się, jak bardzo jest inaczej. Bo pozbawienie się obaw wobec otaczającej rzeczywistości to jedno, a stosunek do ludzi, którzy w niej egzystują, to drugie. 

Max Klein jest w filmie Weira postacią szalenie niejednoznaczną. Wypadek samolotu w niesamowity sposób oddziałuje na jego życie. W oczach tych, którzy przeżyli, wyrasta na bohatera, ponieważ pomógł im wydostać się z wraku. Kleinowi jednak najbardziej zależy na kontakcie z inną poszkodowaną, Carlą, która w katastrofie straciła synka. Ich trudna do zdefiniowania, głęboka, pięknie naszkicowana, relacja, z czasem staje się największą siłą tego filmu. Nie zapominajmy jednak, że Max ma jeszcze żonę i syna, na których to piętno tragedii Maxa odbije się w sposób najbardziej negatywny. Bo Max dochodzi w końcu do wniosku, że ludzie, którzy nie przeżyli podobnej tragedii, nie są w stanie go zrozumieć. Z czasem jego szaleństwa doprowadzają do zachowań wręcz absurdalnych. 

Na część pytań dostajemy odpowiedzi, na część nie. Z czasem Max zacznie przypominać sobie niektóre zdarzenia z katastrofy, które dadzą nam jako taki obraz podstaw jego zachowań. Ta nierównomierność wyjaśnień działa w dwie strony, chciałoby się z jednej wiedzieć więcej, z drugiej jednak pozostać nieświadomym na niektóre uwarunkowania. Wszakże można pomyśleć samemu. Film, choć czasami pretensjonalny, w wielowarstwowy sposób podejmuje temat zachowań człowieka w obliczu śmierci, jego przemian uwarunkowanych jej doświadczeniem. Okazuje się, że na pewien sposób to dopiero wtedy rozpoczyna się prawdziwe życie. Bo zaczynamy doceniać to, co było do tej pory na wyciągnięcie ręki.  

Ponadto w  dziele Weira można doszukiwać się wielu uchybień, jak chociażby stan pacjentów po katastrofie. Nikt z nich nie jest kaleką, są albo ofiary śmiertelne, albo te, które poniosły uszczerbek na psychice. Nic pomiędzy. W zestawieniu z niejednoznacznością postaci głównego bohatera razi to niesłychanie. Przy minusie, zaakcentować należy jednak i atut tego filmu. Aktorstwo. Bridges, Rossellini, Perez. Wielka aktorska trójka, która podnosi ten film o jeszcze jeden poziom wzwyż.

poniedziałek, 06 kwietnia 2009
„Kwiecień” (1961)
„Kwiecień”

reż. Witold Lesiewicz

  

Nasza niezawodna TVP Kultura pokazała dziś obraz, na który nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi. Nie tylko zresztą ja, bo i starsze pokolenia przeszły obok tego filmu obojętnie. Jak pisze Aleksander Jackiewicz: „Po latach znów obejrzałem „Kwiecień” Lesiewicza. Myśmy ten film przegapili. Zapatrzeni w romantyczny nurt „szkoły polskiej”, przegapiliśmy jej realistyczną prozę. Nawet wcześniejszy utwór Lesiewicza, „Rok pierwszy”, który miał przecież nie mało wspólnego ze „szkołą”, tyle tylko, że był mniej efektowny.” I racja, znamy filmy Wajdy, Munka, Kawalerowicza, Hasa, a Lesiewicza niemal wcale. A taki „Kwiecień” to bodajże ostatni z silniejszych reprezentantów tego najdoskonalszego nurtu naszego rodzimego kina. 

Mamy kwiecień, 1945 rok, ostatnie dni wojny. Bohaterem zbiorowym „Kwietnia” są żołnierze  II Oddziału Armii Wojska Polskiego. Przygotowują się do sforsowania Nysy. Film porusza przede wszystkim temat relacji pomiędzy nimi, a zaznaczyć po raz kolejny trzeba, że widzimy ich podczas ostatnich dni wojny. Więc to, co mieli przeżyć, przeżyli, pozostaje więc prawdopodobnie kilka ostatnich dni, które zmuszeni są spędzić na ciężkich walkach. Zginąć teraz byłoby największym nieszczęściem i dla nich samych, i dla ich rodzin. Ale z drugiej strony, czy ich rodziny nadal czekają? Gdzieś w środku filmu oskarżony o tchórzostwo Anklewicz dostaje list, po przeczytaniu którego stwierdza „Nie mam żony.” Umarła? Anklewicz nie rozpacza. Więc może po prostu przestała czekać. 

Nastroje pomiędzy bohaterami są coraz bardziej napięte, wywiązują się częste sprzeczki, mają miejsce liczne oskarżenia. Chorąży Szumibor składa raport prokuratorowi na pułkownika Czaprana, który uderzył go w twarz. Oskarżenie to przywoływane zostaje w filmie co chwilę.  Jednak jego wydźwięk jest absurdalny, bo jaki jest to problem w zestawieniu ze skutkami wojny, która właśnie dobiega końca? Bohaterowie jednak w swych niesnaskach trwają, twórcy budują ich relacje właśnie na tym intrygujących napięciu. Aż do momentów, w których niektórzy z nich poniosą śmierć. 

I choć do niektórych scen „Kwietnia” można mieć zastrzeżenia, że są zbyt naciągane, że bohaterowie przesadzają we wzajemnych oskarżeniach, zaznaczyć należy jednak, że jako całość film sprawdza się świetnie. Dostajemy przekonujący obraz ostatnich dni wojny, konsekwencji, jakie czas ten wywołał w ludziach, którzy naszego kraju bronili, a także galerię ciekawie naszkicowanych postaci, świetnie zinterpretowanych przez aktorów.

sobota, 04 kwietnia 2009
Virginia i Leonard na stacji kolejowej.

"Godziny" (2002)

Cały film Daldry'ego to czysta esencja geniuszu. Przypomniałem sobie ostatnio "Godziny" po raz kolejny, i raz jeszcze swych myśli od tego arcydzieła oderwać nie potrafię. Dzielę sie z wami sceną, która stała się swoistą etykietą tego filmu, choć na próżno szukać w nim momentów niegenialnych. Scena na stacji. Virginia próbuje uciec z Richmond. Nie udaje jej się to. Jeszcze nie teraz.

czwartek, 02 kwietnia 2009
„Synecdoche, New York” (2008)
„Synecdoche, New York”

reż. Charlie Kaufman

  

„Walczyłeś o życie, a teraz ono przecieka ci przez palce. Każdy musi to przeżyć. Każdy. Szczegóły nie mają znaczenia. Każdy jest każdym. Jesteś Adele, Hazel, Claire, Olive. Jesteś Ellen. Cały jej smutek jest twój. Jej samotność. Siwe, szczecinowate włosy. Czerwone, surowe ręce. Są twoje. Nadszedł czas, abyś to zrozumiał. Idź.” 

“Być jak John Malkovich”, “Adaptacja”, “Zakochany bez pamięci”. Jeśli myślałem o tych filmach, a zdarzało mi się to niejednokrotnie – zwłaszcza w wypadku ostatniego, nigdy nie uznawałem ich za dzieła autorstwa czy Spike’a Jonze, czy Michaela Gondry’ego. Niespotykane to zjawisko, bo zawsze rozpatrywałem je w kontekście jedynego ich autora – scenarzysty. A czy gdziekolwiek indziej, chwaląc lub krytykując dane dzieło, uznajemy za jego autora tego, który musiał to wszystko najpierw zgrabnie rozpisać? Nie. Inaczej jest jednak z Kaufmanem. Ten brawurowy scenarzysta pomimo dość skromnego, jeśli chodzi o ilość, dorobku scenariuszowego, stworzył swój własny, niepowtarzalny styl, ubarwiając go wizją dwóch współistniejących światów – rzeczywistego i wewnętrznego. Jednak dopiero w przypadku filmu „Synecdoche, New York” możemy pisać o kompletnym dziele Kaufmana. Bo nie dość, że zaprezentował tutaj jako scenarzysta kwintesencje swego dotychczasowego dorobku, to na dodatek wszystko doskonale sam wyreżyserował. 

Jest to fascynująca historia reżysera teatralnego, Cadena Cotarda, który po sukcesie swego ostatniego spektaklu, dostaje stypendium artystyczne. Dzięki nagłemu przypływowi gotówki decyduje się zrealizować projekt swojego życia: monstrualny spektakl, który w jak najbardziej realny sposób ma przedstawiać codzienne życie Nowojorczyków. Tymczasem mijają dziesiątki lat, a prace nad przedstawieniem nadal trwają. Sam Caden zaczyna się coraz bardziej pogrążać w swym dziele, zacierając przez to granicę jawy i fikcji. 

Na ponad 2 godziny zatapiamy się w ten nieprawdopodobny świat, patrząc na niego oczyma głównego bohatera (ale moi drodzy, to tylko pozory). Chciałbym napisać, że był to dla mnie film klarowny. Zrozumiałem, przeżyłem, nie pomstowałem na autora o przesadę w podróżach po świecie umysłu, o których wiele czytałem i których się spodziewałem. Jednak „Synecdoche, New York” polega głównie na tym, że wszystko ma tutaj swoje drugie dno. Każda scena, każda rola, każde miejsce, każda wypowiedziana kwestia. A Jak to się ogląda! Ile tutaj fenomenalnych dialogów! Jakie scenografie! A jaka obsada! Co za role! Philip Seymour Hoffman, Samantha Morton, Michelle Williams, Catherine Keener, Dianne Wiest, Emily Watson, Jennifer Jason Leigh, Hope Davis. Obsada totalna, idealnie dopasowana. (No i w końcu ktoś pokusił się na wyborną interpretację podobieństwa Samanthy Morton do Emily Watson. Zagranie genialne!) 

Moi drodzy, co to jest za film! Charlie Kaufman zabiera nas w hipnotyzującą podróż po umyśle twórcy, po jego życiu, po jego dziele, którego rozmiary z czasem przybierają rozmiary kolosalne. To doskonały film o oddziaływaniu twórczości na życie artysty. To film stawiający pytania o granice interwencji sztuki w egzystencję człowieka, to spojrzenie na sztukę z dystansu, z którego jawi nam się, jako dziedzina totalna, nieodgadniona, fascynująca i przerażająca zarazem. Film Kaufmana to fikcja i rzeczywistość, to hołd i ostrzeżenie. Obejrzyjcie, koniecznie.

sobota, 28 marca 2009
Pokrótce. #2

„Choć goni nas czas” (2007), opowieść o dwóch śmiertelnie chorych mężczyznach, pochodzących z dwóch skrajnych poziomów społecznych, to obraz, który razi swoją schematycznością, naiwnością, a zarazem i brakiem jakiegokolwiek głębszego zaangażowania w podjęty tutaj temat. Nawet Freeman i Nicholson bez rewelacji. 

Dziwi mnie wysyp wyróżnień, jakie otrzymał „Rezerwat” (2007) Łukasza Palkowskiego. Kolejny polski film w urokliwy sposób przedstawiający rodzimy proletariat. Miało być oryginalnie, a nie jest. Nawet jakąkolwiek myśl przewodnią trudno tu wychwycić. Za to Sonia Bohosiewicz i jej Hanka, króluje w każdej scenie, w jakiej się pojawi. 

„Wieczna miłość” (1994) to opowieść o miłości Ludwika van Beethowena. Film pięknie osadzony w realiach epoki, chwalący się świetnym aktorstwem, ciekawymi rozwiązaniami fabularnymi, ale niestety pozbawiony większej idei, jak wszystko zlepić w interesującą i odbiegającą od sztampy całość. Ale nie jest źle.  

Wiele osób zachwycało się „Jajami w tropikach” (2008), w których Ben Stiller postanowił rozprawić się z wieloma mitami Hollywoodu. Dostałem niestety niezbyt wyrafinowaną rozrywkę, choć przyznam, sporo zagrań fabularnych jest tu udanych.  

„Frozen River” (2008) to niszowa amerykańska produkcja, w której podjęty zostaje temat przemytu ludzi przez zamarzniętą rzekę w pobliżu przejścia granicznego w rezerwacie Mohawków. Wyciszone, niesamowicie dramatyczne kino, którego niszowość działa jeszcze bardziej na to, że wierzymy w oglądaną historię. No i Melissa Leo. Wspaniała rola.   

„Carrie” (1976) Briana DePalmy to już klasyczna, w swoim gatunku, adaptacja prozy Stephena Kinga. Wciąga, przekonuje, za sprawą niesamowitego klimatu i doskonałej roli Sissy Spacek. 

„Cool!” (2004), ostatnie pełnometrażowe dokonanie Theo van Gogha, jest historią młodych hiphopowców, których kreacje pozwalają twórcy na snucie opowieści o przemocy i agresji szerzącej się wśród młodych ludzi. Całkiem udane, choć w wielu momentach irytujące, kino, zdecydowanie oddalone od moich „klimatów”. 

Twórca „Tria z Belleville”, Sylvain Chomet, jest również autorem „Starszej pani i gołębi” (1998), średniometrażowej animacji, wspaniałej, osadzonej we francuskich klimatach historii, w której dramat ludzkiej samotności miesza się z niesamowicie groteskowym, a poniekąd i komediowym, potraktowaniem bohaterów. 

Jak się okazało, Werner Herzog nie tylko ostatnie dokonania dokumentalne może zaliczyć do jak najbardziej udanych. Miałem również możliwość obejrzenia kilku wcześniejszych produkcji jego autorstwa. W większości z nich królowały portrety kolejnych outsiderów, osób wyróżniających się z tłumu, które Herzog potrafi sportretować z dogłębnym, nieco subiektywnym spojrzeniem. „Gasherbrum - lśniąca góra” (1984) to fascynująca opowieść o mężczyznach, którzy ryzykują życie, wspinając się na najwyższe szczyty świata. W „Krainie ciszy i ciemności” (1971) sportretował świat osób, które żyją nie widząc i nie słysząc. W ciekawy sposób pokazał również tytułowych „Latających lekarzy z Afryki wschodniej” (1969). Jedyne rozczarowanie to zrealizowany bez pomysłu dokument o pewnym ekscentrycznym pastorze w „Kazaniu pastora Huie” (1980). Ot, zwykła rejestracja jednej z wielu mszy, podczas której tytułowy pastor w przekonujący sposób nawołuje wiernych do prawego życia w imię Boga. 

„Kung Fu Panda” (2008) to urokliwa i świetna pod względem technicznym historia pandy o imieniu Po. Pewnego dnia, zdawać by się mogło, że przez przypadek, zostaje wybrany do wypełnienia pewnej starożytnej przepowiedni. Ogląda się to doskonale, szkoda więc, że wszystko jest tutaj tak schematyczne.  

Za to bardzo nie schematycznym, ale nieco powierzchownym i przekombinowanym, okazał się film „Across the Universe” (2007) w reżyserii Julie Taymor, w którym otrzymujemy wybuchową mieszankę musicalu, historii miłosnej i antywojennej. Całość, pomimo wszystko, bardzo wciągająca i inteligentna.  

Rosyjski dramat pt. „Pełen oddech” (2007) to historia związku Iryny i Kostii, którzy odwiedzają rodzinne strony tego drugiego. Na miejscu okazuje się, że na Kostię przez lata czekała tutaj pewna dziewczyna, która aktualnie czaruje go swą osobowością i urodą. Dość dobre kino, ale niestety nie mówiące nic nowego na podjęte tematy. Wszystko już jakbym gdzieś widział. 

„Więzy miłości” (1996) to opowieść o absurdalnym dziś pojmowaniu miłości przez społeczeństwo XIX wieku. A na pierwszym planie dwójka osób, która postanowiła żyć inaczej. Udany obraz, chociaż podczas seansu odniosłem w wielu miejscach wrażenie, że autorzy zaniedbują przebieg fabuły, kosztem jak najszybszego dojścia do końca. A tego w kinie nie lubię. Za to na plus – oczywiście Kate Winslet. 

Szalenie intrygujący, choć nie do końca wykorzystujące możliwości psychologicznego podłoża bohaterek, okazał się seans australijskiego „Pikniku pod wiszącą skałą” (1975). Takiego klimatu nieczęsto uświadczy się w kinie. 

Ostatni, zrealizowany w USA, film Louisa Malle’a to „Wania na 42 ulicy” (1994). Akcja dramatu Czechowa, „Wujaszek Wania”, zostaje przeniesiona do współczesnego Nowego Jorku, w którym bohaterami są aktorzy biorący udział w inscenizacji wspomnianego dramatu. Ogląda się to kapitalnie, głównie za sprawą doskonałego aktorstwa, szkoda jednak, że prócz scenicznego odwzorowania dramatu, nie dostajemy tutaj wiele więcej. A był to dobry pretekst do rozwinięcia problematyki postawionej w tym słynnym pierwowzorze. 

Dokument pt. „Na przemiał” (2007)  to historia Abu Ammara, biednego muzułmanina, który zarabia na życie poprzez zbieranie pustych kartonów. Film przedstawia nam absurdy życia w Jordanii/Afganistanie, a także ukazuje, jak trudno być człowiekiem napiętnowanym przez przeszłość. Ciekawe. 

Ponadto przypomniałem sobie kilka ulubionych filmów, ale o nich jeszcze kiedy indziej.

sobota, 21 marca 2009
"I'm cold"

"Pianista" (2002)

Ostatnio zdecydowałem się na przypomnienie sobie tego wspaniałego dzieła Romana Polańskiego. A oto jedna z najdoskonalszych i najlepiej obrazujących wymowę tego filmu, scen.

23:22, cynamonm , Momenty
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 marca 2009
„Człowiek niedźwiedź” (2005)
„Grizzly Man”

reż. Werner Herzog

  

Ze stu godzinnego materiału, jaki udostępniono Herzogowi, twórca ten ulepił fascynujący dokument, opowiadający o kolejnym z galerii portretów ludzi osobnych. Timothy Treadwell kilkanaście ostatnich lat swego życia spędził wśród niedźwiedzi grizzly. Zafascynowany nimi, przez kilka miesięcy w roku żył pośród nich, bez posiadania broni stykał się z nimi twarzą w twarz, ponadto wykładał na ich temat i działał w organizacji, która pozwalała mu finansować swoje wyprawy. Nade wszystko jednak utrwalał swe podróże na kamerze. Po jego tragicznej śmierci pozostał więc ujmujący zapis życia i prób jego przewartościowania, skierowania się człowieka w stronę natury.  

Treadwell był przede wszystkim osobą, do której trudno ustosunkować się w jednolity sposób. Przez kilkanaście lat egzystował wśród tych niebezpiecznych istot, pokochał je, ryzykował własne życie, zdawać by się mogło, że przekroczył granicę, która dla zwykłego człowieka nie była do przekroczenia możliwa. Rozczarowany cywilizacją znalazł swoją Utopię na alaskijskim odludziu pośród zwierząt, które obdarzył szczerą miłością. Z roku na rok jego uczucia przybierały coraz bardziej fanatyczny charakter. Z coraz większą nienawiścią rozprawiał o ludziach i o tym, jak szkodzą zwierzętom. Ponadto zaczął również realizację filmu, w którym przedstawił siebie, jako samotnika żyjącego w puszczy. Treadwell był osobą, która zacierając granice ustanowione przez naturę, świadomie narażał własne życie. Pozostaje więc pytanie. Czy to choroba? Czy bezmyślność? A może forma zwrócenia na siebie uwagi? Myślę, że nic z tych rzeczy. Bo Treadwell, pomimo faktu, że w wielu momentach, ukazanych w tym dokumencie, mógł przesadzać, a my, jako widzowie, mogliśmy się z nim nie zgadzać, był przede wszystkim świadomy swoich czynów. A jednocześnie szczęśliwy.  Myślę, że przeżył ten okres swego życia w taki sposób, w jaki sobie wymarzył. Że to było życie spełnione. 

Werner Herzog przedstawił w „Człowieku niedźwiedziu” materiały z filmowego dziennika głównego bohatera, ponadto wzbogacił całość o wypowiedzi osób, które go znały. Powstało dzieło, który zachwyca przede wszystkim sposobem sportretowania bohatera. Treadwella widzimy podczas kolejnych dubli tych samych kwestii, w momentach, które sam na pewno wyciąłby przed ewentualnym pokazem przed publicznością. Oglądamy więc człowieka, ale i również jego kreację. Widzimy miłość i fascynację. Widzimy w końcu piękną przyrodę, bo co jak co, ale Treadwell przez lata nabył również spory talent twórcy filmowego. Mamy w końcu zdystansowane spojrzenie Herzoga, który zdaje się, że znalazł dla siebie temat totalny.

czwartek, 19 marca 2009
Natasha Richardson (1963-2009)

Natasha ze swoją mamą, Vanessą Redgrave. Piękne role w filmie "Wieczór" (2007). I to nie ona tam umierała. Ona uczyła się życia.

środa, 18 marca 2009
„Koniec naszego świata” (1964)
„Koniec naszego świata”

reż. Wanda Jakubowska

  

Sporą część swojej twórczości filmowej, Jakubowska poświęciła tematyce Holocaustu. Trudno się temu dziwić. W końcu sama była byłą więźniarką obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Jej pierwszy powojenny pełen  metraż, „Ostatni etap” (1947), opowiadał wspomnienia więźniarek właśnie tego obozu. Do dziś film ten uchodzi za jedno ze sztandarowych dzieł poruszających tematykę II wojny światowej. O „Końcu naszego świata” jakoś nigdy nie słyszałem, właściwie natknąłem się na ten film przez przypadek. Dziwne, że tak cicho o nim, bo oto kolejny obraz w świetny sposób ukazujący temat Holocaustu oraz piętna, jakie te wydarzenia pozostawiły na ludziach biorących w nich udział. 

Polska, kilka lat po wojnie. Pewien młody Amerykanin wraz ze swoją polską partnerką zwiedzają obóz koncentracyjny w Oświęcimiu. Podwozi ich tam Henryk, wyciszony mężczyzna, który w natłoku wątpliwości decyduje się w końcu towarzyszyć im w zwiedzaniu tych przerażających miejsc. Wkrótce okazuje się, że Henryk był więźniem tego obozu. Podczas oprowadzania wracają wspomnienia…. 

Sporo ponad dwugodzinny film przedstawia przede wszystkim codzienność w obozie. Walka o przetrwanie, stawianie oporu, próby ucieczek, potajemne spotkania, bezwzględne zachowania niemieckich oficerów. Jak to pisał Jackiewicz, „epika przemienia się tutaj w refleksję poetycką”. Tak, jest przede wszystkim refleksyjnie. Przedstawione obrazy są przerażające, ale nie przesadzone. Myślę, że film zyskuje sporo przez swoją długość. Widz ma czas na to, by wtopić się w życie bohaterów, by przekonać się, jak trudno było żyć z dnia na dzień w obozie, a zarazem jak ważne było tam wzajemne wsparcie i ruch oporu. Chociażby robienie zdjęć przemyconym aparatem, który w następstwie jeden z uciekinierów miał wynieść na zewnątrz, by pokazać ludziom, jak w obozach jest naprawdę. Czy chociażby zamiana nazwiska głównego bohatera w celu utrzymania go przy życiu. Walka tych ludzi. Coś niesamowitego.  

To dobrze, ze film ten zrealizowała była więźniarka obozu, tym bardziej, że oparty jest on na relacji innego więźnia, Tadeusza Hołuja. I tak, wydaje się „Koniec naszego świata” dziełem niezwykle realistycznym. Mam jedynie wątpliwości, co do postawy głównego bohatera, w momencie, gdy zwiedza obóz. Czy tak olbrzymie piętno uwidacznia się tylko i wyłącznie w braku jakichkolwiek emocji? Postać ta jest płaska, wychodzi na to, ze potrafi jedynie wspominać. Nic ponadto. Żadnego grymasu, żadnej łzy…. A może, może…. Właśnie na tym polega tragizm ludzi, którzy to przeżyli?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
statystyka